Kiedy byłem młody, zapomniałem się śmiać w Trońskiej pieczarze; ale kiedy podrosłem, otworzyłem oczy i mogłem obserwować życie, zacząłem się śmiać, od tego czasu śmiać się nie przestałem”.

Søren Aabye Kierkegaard


Zapewne ludzie, o których za chwilę skreślę słów kilka doskonale wiedzą, co to jest próba borsalina. Bardzo trafnie próbę tę opisał w swojej powieści „Shantaram” Gregory David Roberts. Borsalino, jak wszystkim dżentelmenom wiadomo, to kapelusz. Bezwzględnie najdoskonalsze nakrycie głowy i to nie tylko dla dżentelmena. Jak pisze Roberts: „Borsalino to dzieło sztuki… Od lat jest dowodem pierwszorzędnego gustu, wyróżniającym francuskich i włoskich gangsterów…”



Czytając te słowa poczułem lekki żal w sercu, że oto w naszym pięknym mieście nikt w borsalinie nie chadza. Czyżby, zatem brakowało nam prawdziwych dżentelmenów i szlachetnych gangsterów. Zgroza! Ci, którzy mnie dobrze znają, mówią mi czasem, że myślenie nie jest moją najmocniejszą stroną. Wierząc im na słowo staram się, zatem jak mogę czynności tej wystrzegać. Niestety, nie jestem doskonały, i nie zawsze mi to wychodzi.


Z ciężkim bólem głowy, bo myślenie takich jak ja strasznie boli i martwiąc się przy tym srodze, rozważałem problem, w czym tkwi przyczyna, że ponowie, zwłaszcza członkowie politycznej kłodzkiej menażerii, nie noszą eleganckich nakryć głowy. Myśląc niezwykle ciężko doszedłem w końcu do wniosku, że na pewno nie czynią tego z głupoty. Głupota, bowiem wzbrania człowiekowi stać się rozsądnym, przez co ugruntowuje tożsamość głupca.


Nasi politycy natomiast, zwłaszcza Radni są rozsądni i dlatego są radnymi. Ich tożsamość też jest nie do podważenia. Zatem gdzie tkwi przyczyna, że jako rozsądni i w pełni świadomi swojej tożsamości śmigają po świecie z gołą głową narażając, w zależności od pory roku, swoje bezcenne umysły na wyziębienie lub przegrzanie. Moje myślenie nad tą doniosłą sprawą przybrało charakter ekstatyczny. Dostrzegłem, bowiem prawdziwą mądrość w tym, że mężczyźni kłodzkiej władzy kapeluszy nie noszą. Nie robią tego z dwóch powodów. Pierwszy, bo nie bardzo wiedzą jak kapelusz, na przykład borsalino, należy nosić. Czy, po gangstersku jak Robert de Niro w filmie „Nietykalni”. Czy może jak Pol Newman grający rolę genialnego przekręciarza w słynnym „Żądle? Po drugie, dlatego, że są niezwykle skromni i swoim poczuciem smaku i stylu ludu wyborczego kłuć w oczy nie chcą. Poza tym, jakiś złośliwiec mógłby parszywie ochrzcić ich mianem borsalinów. A wszyscy doskonale przecież wiedzą, kim byli dzicy młodzi gangsterzy z Mediolanu i Marsylii. Ale, aby podkreślić, że szarość ich garderoby nie jest odzwierciedleniem stanu, w jakim tkwią ich umysły, swój wystrój zewnętrzny wzbogacają czerwonymi dodatkami. Niby nic takiego. A jednak.


Długo zastanawiałem się, bo myślę powoli, dlaczego wybierają kolor czerwony. Całkiem niedawno olśniło mnie. Będąc w czeskiej Pradze miałem okazję podziwiać czarne ferrari i jego ciemnoczerwone aluminiowe felgi. Ponieważ naszych dżentelmenów nie stać ani na ferrari ani nawet na buty takich firm jak Edward Green, John Lobb czy Barker Black, aby nieco swój wygląd podrasować sznurują czarne lakierki czerwonymi sznurówkami. Wygląda to trochę tak jakby z kury próbować zrobić koguta.


Będąc w stanie wskazującym na spożycie zastanawiałem się czy moi koledzy, Janusz, Zdzichu i Zbychu, którzy przyznaję, lubią mnie więcej niż bardzo, oraz kilku innych kawalerów kłodzkiego establishmentu przyjęliby mnie do swojej bandy gdybym, ze względu na to, że nieomal przez cały rok noszę sandały, pomalował sobie paznokcie na czerwono. Znając ich szorstki takt i przywiązanie do idei tolerancji skontaktowaliby mnie zapewne ze swoimi znajomymi ze środowisk LGTB. Wyczuwają, bowiem podświadomie, że homoseksualizm jest, mimo wszystko, wyższą formą miłości.


Wspomniałem wcześniej, że brak borsalina na głowach moich kolegów Radnych, sprowadził na moją duszę smutek. Po namyśle, a jak już wspominałem, myślę niezbyt prędko, skonstatowałem, że być może panowie radni galantami nie są, ale zasady swoje mają. Pierwszą, której trzymają się jak tonący brzytwy brzmi: nigdy nie zdradzaj swoich myśli. Tą podstawową zasadę nielegalnych interesów Janusz, Zbychu i Zdzichu oraz kilku innych ratuszowych panów z zasadami, potwierdza raz za razem w swoich jałowych publicznych wystąpieniach. Nie czynią tego jednak z głupoty. O nie. To taka szczwana sztuczka. Zasłona dymna, która skrywa cienkie granice dzielące i łączące legalne i nielegalne interesy środowisk skupionych wokół władzy. Pomimo, iż z wyrachowania nie noszą borsalina ich czerwone dodatki do garderoby mają sprawiać wrażenie mafijnej elegancji.
Wiadomo nie od dzisiaj, że uprzywilejowane elity rządzące, na przykład Burmistrz, smarują koła swojego dobrobytu rozdając łapówki i wspierając szlachetne inicjatywy. Wszyscy ludzie naszego burmistrza Michała i on sam zapewne, podniosą larum, że to nie On i nie Oni są skorumpowani, choć doskonale wiedzą, że istnieją dwa rodzaje łapówek – uczciwa i nieuczciwa.
Nieuczciwa to taka, i tak jest w każdym kraju, kiedy obywatel, biznesmen, aby coś z władzą ugrać płaci pod stołem „honorarium” urzędnikowi. Nasz Burmistrz i jego ludzie tak nie postępują. Nie nadstawiają, od tak, po chamsku kieszeni.
Ponieważ są do bólu uczciwi, stosują łapówki uczciwe. A łapówka uczciwa to taka, gdy biznesmen, aby ugrać coś z urzędnikiem daje pracę komuś z rodziny notabla – synowi, córce, żonie, teściowej, kochance. Nasz Burmistrz zmodyfikował odrobinę tę zasadę i nie dając się kupić, sam kupuje swoich urzędników i Radnych grantami typu praca dla córki i żony wiernego radnego, mieszkanie dla córki sprytnego doradcy lub stołek wicedyrektora szkoły dla syna innego zgiętego w śliskim ukłonie rajcy. Po prostu polityka przekupstwa. I tyle. Prawda Januszu, Zdzichu i Zbychu.


Gdy przyglądam się tym sprzedajnym działaniom naszych lokalnych polityków przychodzą mi na myśl prześwietlone zdjęcia i zapach korytarzy szpitala psychiatrycznego. Zanim jednak przejdę do sedna, czyli próby borsalina muszę wspomnieć o człowieku, który moim zdaniem, jako jedyny próbę taką nienagannie przetrwa. Ten zaprawiony w bojach samorządowy osobnik, którego dusza pokryta jest strupami hipokryzji jak podmokła łąka na wiosnę kniecią błotną, bardzo nie lubi krytyki. Pisząc o nim mam lekkiego stracha, co mi zrobi jak mnie złapie. Jego nienagannie skrojony czarny garnitur i ze smakiem dobrane dodatki – czerwona chusteczka w butonierce i ciemno czerwone sznurówki wyróżniają go wyraźnie spośród szarości urzędniczej, zachwycając przy okazji dwie bezkompromisowe radne, Anetę i Zdzisławę, które muszą być radnymi tylko dlatego, aby nie siedzieć w domu i wycierać ręce w fartuch.
Ale do rzeczy. Test na prawdziwe borsalino jak pisze Roberts wygląda mniej więcej tak:
„Należy je zrolować bardzo mocno, i przewlec przez obrączkę. Jeśli przejdzie ten test bez trwałych zagnieceń i odzyska pierwotny kształt, a eksperyment mu nie zaszkodzi, jest to autentyczne borsalino”.


Z pośród znanych mi przedstawicieli płci męskiej, kłodzkich urzędniczo politycznych elit, tylko Janusz Skrobot może przejść test borsalina. Jakkolwiek by go nie zrolować odradza się jak feniks z popiołów. To, co o nim opowiedział mi jego serdeczny przyjaciel z pewnego sławnego instytutu, to moc nieodkrytych jeszcze tajemnic. Ponieważ pan Janusz jest dżentelmenem w każdym calu, pan burmistrz Michał Piszko i wiceprzewodniczący Rady Miasta, pan Zdzisław Duda, wypielęgnowany, lekko łysiejący mężczyzna, któremu brakuje tylko kowbojskiego krawata i pasa z dolarowych monet. Człowiek o wielu niezaleczonych kompleksach, który wierzy, że będzie za swoje szpiegowskie zasługi do piersi przez Burmistrza przytulony i czule nagrodą jakąś połechtany, powinni wespół w zespół, spróbować ten wrodzony talent Janusza wykorzystać nie tylko do politycznych igraszek, ale poprosić go, jak chłop chłopa, o pomoc w kwestiach męskiej ratuszowej mody. Na pewno będzie to z pożytkiem dla wszystkich.

W niezmiennie ponurej myśli o tym, że głupota nie musi nawet istnieć, by odnieść efekt.

Mirosław Rudziński – Gappa

Photo by Craig Whitehead on Unsplash