Z wielką uwagą przeczytałem „bombowy” tekst Joanny Żabskiej, naczelnej wywrotowego tygodnika powiatowego Euroregio Glacensis, zatytułowany – „Kulczyk kupił wieś w Stroniu Śląskim!”.


Kupno wsi a tym bardziej jej sprzedaż to znakomity pomysł, twierdzi autorka i burmistrz Stronia Śląskiego – Zbigniew Łopusiewicz. Jednakże sugestia, że jest to znaczące wydarzenie na skalę ogólnopolską nie znajduje, moim zdaniem, potwierdzenia w treści artykułu.


Tezy stawiane przez autorkę na temat intencji i okoliczności zakupu 100 hektarów bezludnej ziemi przez ludzi, których na takie kupno stać, uświadomiły mi po raz kolejny, że demokracja formalna jest antyhumanistyczna. Skrojona na miarę ludzi myślących, że prowincja to miejsce zamieszkania a nie sposób myślenia. To rzeczywistość pełna iluzji, niekiedy urokliwych, które jednak sprawiają, że ludzie ze wszystkimi swoimi namiętnościami, interesami i potrzebami żyją, niestety, w pól ślepej i bezdusznej abstrakcji.

Naczelna Joanna, zastanawiając się nad motywami, jakimi kierowali się oligarchowie kupujący Rogóżkę, stawia dwa niezwykle istotne pytania – „Po co Sebastian Kulczyk w ogóle kupił wioskę?”
i „Co zamierza w niej budować?” 

Przed wielu laty, gdy po raz pierwszy klan Kulczyków zainteresował się Rogóżką, być może prominentni członkowie klanu, planowali wybudowanie w tej urokliwej, lecz od ponad trzydziestu lat martwej wsi, coś pięknie pożytecznego.

Z nieznanych jednak ogółowi powodów, to obrzydliwie bogate, jak twierdzą zazdrośnicy i niezwykle wpływowe, jak głoszą polityczne karły lobby, zawiesiło na lat kilka realizację swojej strategii związanej z Rogóżką. Jednakże po śmierci nestora rodu, doktora Jana, sprawy najwyraźniej uległy diametralnej zmianie. Ciekawe, dlaczego?

W 27 numerze „NIE”, czyli przedostatnim, Przemysław Ćwikliński i Andrzej Sikorski w artykule „Gdzie żyje dr Kulczyk”, postawili następujące pytanie – „Czy najbogatszy Polak upozorował własną śmierć?”  W swoim artykule skutecznie dowodzą, że doktor Jan żyje i ma się dobrze. – „Zniknął, – piszą autorzy – bo w końcu miał dość gierek politycznych i układzików finansowych, ciągłego podróżowania prywatnym samolotem, udziału w galach, koncertach, przyjęciach, rautach”.

Powiecie drodzy czytelnicy, że to Urbanowska kpina i wierutna bzdura. Może tak, a może nie. Niemniej jednak, nie kto inny, jak sam Jarosław Gowin w rok po śmierci Jana Kulczyka, powiedział do narodu z telewizora tak:

 – „Nie żyje, przynajmniej taka jest wersja oficjalna, Jan Kulczyk.

 – Wersja oficjalna? – pyta dziennikarz.

 – Panie redaktorze, przyszłość pokarze, czy w tej sprawie nie ma jeszcze jakiegoś drugiego dna”.

Odpowiada, ze śmiertelną jak na okoliczności przystało powagą, osłupiałemu dziennikarzowi pan Premier. Jarosław Gowin, nie jest jednakże w tej opinii osamotniony. Profesor Andrzej Zybertowicz, socjolog, specjalista od służb specjalnych i jednocześnie doradca prezydenta Andrzeja Dudy pozwolił sobie na więcej niż śmiałą tezę. Otóż w Radiu Plus powiedział tak: „Oligarcha number one niedawno zmarł, albo raczej, być może, żyje sobie gdzieś na Bali pod innym nazwiskiem”.

Wielu ludzi nie docenia roli, jaką w poważnych przedsięwzięciach, takich jak chociażby własna śmierć, odgrywa zabawa. Doktor Kulczyk pozorując swoją śmierć, jak sugerują panowie Jarosław i Andrzej, postanowił spłatać całemu światu figla i zamiast po skutecznym zgonie, jak twierdzą lekarze wiedeńskiego szpitala, osiedlić się gdzieś w dzikich krajach Ameryki Południowej lub na Antarktydzie, postanowił dożyć w szczęściu i spokoju kresu swoich dni na końcu świata, czyli w Rogóżce właśnie. Pośród leśnych pleśni, mchów i paproci. Stąd, jak pisze Joanna, tajemnicza spółka i pytania bez odpowiedzi.

I to już, jak zakończył swoją nieśmiertelną „Ferdydurke”, Witold Gombrowicz, „Koniec i bomba, a kto czytał ten trąba”.

Mirosław Rudziński – Gappa

 

Photo by Craig Whitehead on Unsplash